Czy można nakłonić do miłości?

a man and a woman standing next to each other

Zostać czy odejść?

Miałam kilka spotkań, w których bardzo wyraźnie powtarzał się podobny motyw.
Wahanie. Zostać w związku czy odejść. Czy ja jeszcze kocham, czy już tylko trwam. Co dalej.

Padało wiele pytań, często tych samych, tylko wypowiadanych innymi słowami. Dużo niepewności, dużo wewnętrznego rozdarcia, próby „rozsądnego” poukładania czegoś, co tak naprawdę domagało się uczciwego poczucia, a nie analizy.

Te spotkania skłoniły mnie do tego, żeby podzielić się z Wami fragmentem takiej mini-rozmowy, jaka wydarza się w gabinecie.
Nie jako gotową odpowiedzią. Nie jako receptą. Raczej jako zaproszeniem do przyjrzenia się sobie.

Oczywiście – każda relacja jest inna. Każda sytuacja ma swój kontekst, swoją historię, swoje niuanse.
Ale czasem kilka prostych pytań, kilka zatrzymań, kilka niewygodnych, ale uczciwych rozważań może pomóc zobaczyć coś wyraźniej.

Może pomóc odpowiedzieć sobie na pytanie:
– gdzie ja właściwie jestem?
– a gdzie i jak chcę być?
– i dlaczego właśnie tam?

Czy decyzje, które podejmuję – lub których nie podejmuję – płyną z poziomu braku? Lęku? Uzależnienia?Czy może z gotowości na zmianę. Na odpowiedzialność. Na wyjście ku sobie.


Czasem odnoszę wrażenie, że pojęcie miłości jest rozumiane bardzo jednostronnie. Jakby każdy mówił o niej tym samym słowem, ale miał na myśli coś zupełnie innego.
Jakbyśmy nie rozmawiali o tej samej miłości. Nie o miłości w codzienności. Nie o miłości w relacji.

Bo miłość to nie jest tylko deklaracja. To nie jest hasło ani obietnica rzucona kiedyś, dawno temu. To sposób bycia ze sobą nawzajem, reagowania, brania odpowiedzialności za to, co między nami żyje – albo już nie żyje.

Często słyszę zdanie: „miłość boli”. Ale rzadko kto zatrzymuje się, by zapytać – kiedy właściwie boli?

Miłość boli wtedy, gdy na siłę próbujesz trwać w czymś, co już dawno się skończyło.
Gdy relacja nie jest już żywa, tylko podtrzymywana z rozpędu, z przyzwyczajenia, z lęku przed zmianą.
Gdy bardziej przypomina zawiązanie niż spotkanie.
Gdy nie ma w niej przestrzeni na ruch, na rozmowę, na prawdę – tylko na trwanie „bo tak trzeba”.

I wtedy bardzo często jedna strona jest tą, która „musi”.
Musi wracać.
Musi się dostosować.
Musi próbować jeszcze raz.

Podczas gdy druga strona nic nie zmienia. Bo po co, skoro wszystko jakoś działa? Skoro ktoś i tak wraca.

Dlaczego tak trudno powiedzieć: coś jest nie tak, nie chcę tak dalej.

Dlaczego tak trudno usiąść i powiedzieć:
uporządkuję sprawy,
kocham to, co było,
jestem wdzięczny za to, co dostałem,
biorę odpowiedzialność za swoją część,
ale nie chcę już tu mieszkać ani tak żyć,
bo między nami nie ma już życia.

Wtedy pojawia się odpowiedź z drugiej strony:
„Nie możesz.
Bo jak ja sobie poradzę?”

I tu pojawia się pytanie, które jest niewygodne, ale konieczne. Czyj to jest problem?

Tego, kto odchodzi? Czy tego, kto zostaje?

A może tak naprawdę problemem jest program, który uruchamia się automatycznie:
„bez niego / bez niej sobie nie poradzę”.

Warto się na chwilę zatrzymać i uczciwie zapytać siebie:
czy naprawdę nie poradzisz sobie sam?
Czy to jest realny brak, czy wyuczony lęk?
Czy to jest miłość, czy zależność?

Czy naprawdę wszystko musi być zamknięte w pieniądzach, wspólnych zobowiązaniach, strachu przed stratą komfortu? Czy to są fundamenty, na których chcemy budować dalsze życie?

Tak, we dwójkę bywa łatwiej.
Organizacyjnie.
Finansowo.
Technicznie.

Ale czy zdrowiej? Czy prawdziwiej? Czy z wolnością, a nie kosztem siebie?

Bo miłość bez wolności bardzo szybko przestaje być miłością. Zaczyna być umową z lęku. A to boli najbardziej.

Dlatego zobacz: gdzie Ty jesteś?

woman looking at map while standing on road

Czasem nie chodzi o to, czy odejść albo zostać, ale o to, z jakiego miejsca podejmujesz decyzję.

Bo to, czy wybierasz z lęku czy z prawdy o sobie, zawsze prędzej czy później wraca w codzienności.

Dorota

Podziel się

Możesz również polubić

Dodaj komentarz


The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.