Czy motywacje z zewnątrz to coś złego?
Czy wystarczy iskra?
W idealnym świecie mówimy, że wszystko jest w nas. Że wystarczy odnaleźć iskrę, impuls, wewnętrzny napęd – i ruszamy. I to jest prawda… ale nie cała.
Bo są momenty, kiedy ta iskra jest przygaszona.
Nie dlatego, że jej nie ma, tylko dlatego, że jesteśmy zmęczeni, przeciążeni, zawiedzeni albo zbyt długo byliśmy sami z czymś trudnym.
I wtedy pytanie brzmi nie: „czy ze mną jest coś nie tak?”,
ale: „czy naprawdę muszę wszystko dźwigać sama/sam?”
Czy szukanie wsparcia na zewnątrz jest czymś złym? Słów, gestów, obecności, zaangażowania drugiego człowieka? Według mnie – nie.
Bo tam, gdzie jest ktoś jeszcze, komu zależy, kto poda rękę, kto powie jedno zdanie w odpowiednim momencie – często właśnie tam zaczyna się ruch. Nie zastępstwo za nasze działanie, ale impuls, który pomaga je uruchomić.
Kluczowe jest jednak to, jak i po co szukamy tej motywacji.
Wsparcie jest zdrowe, gdy:
- jest etapem, a nie zawiązaniem,
- jest impulsem, a nie wiszeniem na kimś,
- pomaga ruszyć, ale nie przejmuje odpowiedzialności za nasze życie.
Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy cudza energia ma nas nie inspirować, lecz nieść.
Gdy zamiast iść obok – ktoś ma ciągnąć całą maszynę za nas.
Ale jeśli masz pomysł, czujesz kierunek i myślisz:
„Może ktoś mógłby pociągnąć ze mną tę maszynę, żeby w ogóle ruszyła” –
to może właśnie warto zacząć z kimś, zamiast stać w miejscu i czekać, aż w nas samych magicznie pojawi się siła.
Bo prawda jest taka, że:
- raz motywacja jest w nas i płynie naturalnie,
- a raz trzeba ją delikatnie uruchomić z zewnątrz, żeby znów mogła wrócić do środka.
Kierunek?
Wszystko zależy od tego, do czego tej motywacji szukamy i w jakim kierunku chcemy iść.
Dlatego tak bliskie jest mi podejście, w którym: im mniej sobie obiecujemy, tym mniejsze jest poczucie porażki.
Często słyszymy, że cele powinny być wysokie, ambitne, mierzalne.
I być może sam cel może taki być.
Ale oczekiwania co do jednego konkretnego efektu bywają pułapką.
Bo gdy zbyt mocno trzymamy się wizji „jak ma być”, przestajemy widzieć to, co dzieje się wokół.
Nie słyszymy podpowiedzi zmian.
Nie reagujemy na znaki, które mówią: „tędy nie, ale może obok”.

Cel, który ma wartość, nie musi być wpisany w ranking ważności. On po prostu jest.
A droga do niego bywa zmienna – i to nie jest błąd, tylko proces.
Dlatego z tego miejsca chcę powiedzieć: szukajmy motywacji także w działaniu z innymi.
– W rozmowie.
– W podzieleniu się wątpliwością.
– W poproszeniu kogoś, żeby „popilnował”, zanim machina zmian w nas ruszy.
Nie po to, żeby ktoś zrobił coś za nas. Ale po to, żeby nie być w tym samemu.
Nie obiecujcie – róbcie.
A jeśli nie sami, to z pomocą tych, którzy potrafią być obok, zmotywować, wesprzeć w codzienności. Czasem wystarczy mały krok, żeby coś się poruszyło.
A czasem wystarczy czyjaś obecność, żeby ten krok w ogóle stał się możliwy.
Dodaj komentarz